Wyprawy

Iłża – turniej Słowian i wikingów

łża – turniej błota Słowian i wikingów.

Uwielbiam zapach dymu z ogniska, którym przesiąkamy w obozie. Gdy po powrocie do domu w końcu można się wykąpać czuć go po raz ostatni z mokrych włosów, a razem z nim przypominają się wyjazdowe dni. Relaksująca chwila refleksji. Dla mnie jest to jeden z przyjemniejszych elementów rekonstruktorskich wypraw.

Tegoroczna XX edycja Iłży nie bójmy się tego słowa dała nam w kość.
Dotarliśmy w sobotę jako jedni z pierwszych o 6:20, na obozie byliśmy ok 11:00.

Błoto i koleiny do połowy łydki na drodze dojazdowej. Po bokach pola. Próby przejazdu w większości kończyły się zakopaniem, część udało się wypchnąć innym udało się jakimś cudem przejechać. Wszystko przypominało rajd offroadowy w kategorii dla przeładowanych busów.

My też się zakopaliśmy. Czekaliśmy na ciągnik, który po kolei wyciągał wciągnięte przez błoto samochody. Gdy zostaliśmy już tylko my… Kierowca stwierdził, że musi jechać po paliwo.

 

Czekaliśmy na ratunek kolejne może 1,5 godziny.
W końcu jednak dotarliśmy do obozu.

 

„- Wjechałeś na Iłżę?
– Wiesz co… to jest osobny temat, ale wiem że tam wjeżdżali
– No my utkneliśmy w połowie wysokości.
– Tak? A, którą drogą wjeżdżaliście z lewej czy z prawej?
– Z prawej
– A… Bo myślałem, że może tam gdzie ja się zakopaliście
– Ale to wjechałeś w końcu na obóz?
– Nie! Od wczoraj w samochodzie siedzę… Czekam, może mnie traktorem potem wyciągną.”

 rozmowa telefoniczna ze znajomym

10 lat wyjazdów, nowe pokolenie wojowników

Był to pierwszy rodzinny wyjazd arkonowy, na którym obecne było nowe pokolenie drużyny. Tj. Olaf syn Chodana i Stanisław syn Ragnara (czyli mój).

Z perspektywy ojca 10 miesięcznego berbecia muszę przyznać, że jest to zupełnie inny wymiar wyjazdu.

Szczególnie nocowanie w namiocie gdy temperatura spada do okolicy zera, a rano ktoś mówi
„ja to się w nocy obudziłem ze szronem na wąsach!”

Na szczęście namiot był przygotowany na takie warunki, był to wszak wyjazd doświadczalny przed tegorocznym wypadem do Norwegii. Operacja się udała, Staś miał najcieplej na całym obozie.

Sama impreza mamy wrażenie, że wypadła zarazem bardzo dobrze i bardzo źle (ale tylko do ok 12 w sobotę).
Tzn. Sobota upływała w atmosferze pogodowej klęski, niewielkiej liczby zwiedzających, wszechobecnego zimna i ciągłego „dostawiania” czegoś co opóźniło się z powodu błota. Program mimo to był realizowany względnie bezproblemowo. Choć dla rekonstruktorów nie stanowiło to większego problemu, życie obozowe się toczyło w najlepsze. Na poniższym filmie za dużo nas nie widać, ale ok 3:15 jest warty uwagi nonszalancki styl kończenia pojedynków przez Dawida.


A kompania była doborowa, tuż obok nas Archeoconcept czyli jak zawsze wspaniała Gosia Korycińska. Dosłownie pod nosem dziewczyny z Utlagar Hirde gotowały żurek dla całego obozu z nieprzyzwoitą ilością kiełbasy. Na przeciw naszej zbrojowni z warsztatem szczytniczym i kolczużniczym obrazu dopełniała kuźnia Borzywoj. Całą ścianę obozu zajął sojusz drużyn mazowieckich, zaś za ogrodzeniem obozowali kaskaderzy konni z grupy East Riders. Obecni byli również  wikingowie z Jomsborga choć tylko zbrojnie, bez obozu.
Zastrzelcie mnie, ale nie pamiętam jak nazywali się czescy sokolnicy z cudnymi ptakami drapieżnymi.

Staś poznał nowego kolegę Kazimierza z Drużyny Grodu Horodna, którzy obozowali na wejściu do obozu. Widok dwóch około rocznych brzdący w strojach historycznych ma w sobie nieopisany urok.

Ci co przetrwali ostatni nabór w końcu mogli się sprawdzić na wyjazdach
Maskotka wyjazdu ULTRA-GAR ratujący morale gorącą kiełbasą z dodatkiem żurku w wykonaniu Natalii i Olgi z Utlagar Hird

Wszystko zaczęło się zmieniać wieczorem. Po wyjątkowo późnej bitwie o 20:30 w świetle halogenów, zaczęły w obozie płonąć ogniska. Przy naszym szybko znalazły się flety, bęben i dzwoneczki. Humory dopisywały, poranny stres zniknął już zupełnie.

Stasiowi atmosfera ogniskowa również przypadła do gustu jednak szybko zasnął i brał udział w dalszej imprezie nieświadomie.

 

Niedziela przyniosła wspaniałą pogodę, ciepłe wiosenne słońce i trudne do ogarnięcia tłumy zwiedzających. Momentami naprawdę trudno było przemieszczać się po terenie imprezy nie przez błoto (które już obeschło), ale przez ścisk wynikający z ilości ludzi.

Warsztat świecarski

W dobrych nastrojach, choć bardzo zmęczeni trwaliśmy więc na swoich stanowiskach. Zbrojownia, kolczużnictwo, szczytnictwo, wróżbiarstwo i świecarstwo.

I tak do wieczora, aż przyszedł czas walki w kręgach. Ambicji turniejowych u nas nigdy nie było, ale że wygrałem jeden krąg honoru to mi wystarczy żeby zacieszać do dzisiaj.

Po walkach przyszedł czas pakowania i powrotu.
Jak powiedział Jaksa pod koniec ładowania Sir Philipa II

„To kolejna sytuacja w życiu gdzie widzę, że w samochodzie mieści się dokładnie tyle rzeczy ile jest miejsca”

Wyjazd zdecydowanie udany.
Czy powrócimy na Iłżę za rok? Z całą pewnością najpierw sprawdzimy prognozę pogody.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *