Wyprawy

Hastings 2016

W dniach 15-16 października A.D. 2016 DW Arkona wzięła udział w inscenizacji bitwy pod Hastings, odbywającej się z okazji 950-tej rocznicy historycznego wydarzenia. Wychodząc z założenia, że Polacy są niezastąpieni w obronie straconych pozycji, zdecydowaliśmy się wesprzeć majestat króla Harolda Godwinsona i jego oczywiste prawa do angielskiej korony.

Autor: Mateusz Osiadacz

Przed opisem samej bitwy, warto wspomnieć w kilku słowach o podróży, która przyniosła nam wiele wrażeń. Tradycyjna angielska pogoda powitała nas już podczas pakowania się w Warszawie i towarzyszyła, z niewielkimi przerwami, do samego końca. W ekspedycji wzięło udział 5 osób: Koter, Lewy i Jaksa jako zbrojni oraz Sasanka i Ewa w roli łuczniczek. Właściwy honor należy oddać też Pumbie, pożyczonemu samochodowi marki Peugot Partner, który mimo postępującej dezintegracji, przewiózł nas bezawaryjnie grubo ponad 3000 km.

Ze względu na pośpiech nie mieliśmy wiele czasu na zwiedzanie do momentu dotarcia na wyspę. Po udanym desancie i parogodzinnym śnie w samochodzie mieliśmy okazję się przekonać, że klify Dover, poza niewątpliwymi walorami krajobrazowymi, posiadały w dawnych czasach realne znaczenie strategiczne, bardzo ograniczając dostęp do lądu od strony kanału La Manche. Obejrzeliśmy z zewnątrz fortecę ponad klifami i następnie udaliśmy się do Canterbury. Tam na pierwszy ogień wzięliśmy zamek, którego budowa rozpoczęła się jeszcze za życia Wilhelma Zdobywcy. Co ciekawe, masywna budowla wykonana jest w większości z miejscowego krzemienia, wykorzystuje też rzymskie elementy architektoniczne. Następnie udaliśmy się do Katedry Canterbury, w której, dzięki żelaznej dyscyplinie, nie spędziliśmy tyle czasu, ile bylibyśmy w stanie. Założenie robi kolosalne wrażenie i nie miejsce tu, by się nad nim rozwodzić. Z całą pewnością będąc w okolicy warto to miejsce zobaczyć. Na koniec udaliśmy się wzdłuż potężnych murów Canterbury do Opactwa św. Augustyna i związanego z nim muzeum. Liczne zabytki architektury wskazują, że styl gotycki, wiązany w naszym kraju dopiero z późnym średniowieczem, w Anglii zadomowił się w krótkim czasie po podboju normańskim.

Doznania, związane z jazdą angielskimi drogami trudno ująć w słowa. Najsilniejsze przypadły bez wątpienia Lewemu, który podjął się stawić czoła hordom kierowców jadących nie tą stroną jezdni. Szczególnie wzruszyły nas takie rozwiązania, jak rosnące beztrosko po bokach drogi wysokie żywopłoty, pielęgnowane jedynie przez przejeżdżające samochody – włącznie z wyciętymi rynienkami od lusterek – oraz obyczaj parkowania pojazdów na środku pasa ruchu (by nie uszkodzić trawy).

W końcu późnym wieczorem dotarliśmy na teren imprezy, w miejscowości o wdzięcznej nazwie „Battle” i gdzie sprawnie rozstawiliśmy obóz. Następnego ranka mogliśmy się przekonać, że Anglosasi oraz Normanowie tworzą osobne, rozległe obozy, pomiędzy którymi umiejscowione jest pole bitwy, z górującym nad nim opactwem. Czas, którego nie było nadmiernie dużo, spędzaliśmy na drobnych pracach obozowych, przygotowywaniu posiłków i zwiedzaniu okolicy. Wieczorem natomiast mogliśmy się integrować przy ognisku lub w namiotach – ze względu na lokalną aurę – z grupami z różnych części Europy oraz mieszkającymi w Anglii Polakami.

To jest odpowiednie miejsce, aby napisać kilka słów na temat brytyjskiego „historical reenaction”. Co interesujące, tamtejszego ruchu historycznego nie reguluje bynajmniej niewidzialna ręka Margaret Thatcher. Najważniejszym w Anglii stowarzyszeniem, zajmującym się odtwórstwem wczesnośredniowiecznym, jest The Vikings. Zrzesza ono większość działających w kraju grup, bardzo silnie regulując ich działalność. Wszystkie ograniczenia dotyczące obozowania trudno byłoby spamiętać, dość, że nie wolno palić ognia bezpośrednio na ziemi ani wbijać nazbyt długich śledzi (by nie uszkodzić trawy). Trzeba przyznać, że angielscy wojownicy byli odziani i wyposażeni schludnie i estetycznie, choć nie zawsze szła za tym poprawność historyczna. Część odtwórców – co w naszych warunkach byłoby nie do pomyślenia – zdejmowała za to „po godzinach pracy” średniowieczne stroje i kontynuowało zabawę po cywilu. Generalnie poziom odtwórstwa historycznego w Anglii nie rzucił nas, delikatnie rzecz ujmując, na kolana. Bardzo natomiast różny i nieraz wysoki poziom prezentowali przedstawiciele różnych grup przyjezdnych.

https://www.f3nws.com/news/battle-of-hastings-KTTFzG
https://www.f3nws.com/news/battle-of-hastings-KTTFzG

W trakcie całej parodniowej imprezy widać było, że dla brytyjskich organizatorów w tym wydarzeniu absolutnym priorytetem jest „show”, które ma usatysfakcjonować publiczność, natomiast dobra zabawa odtwórców ma znaczenie drugorzędne. Starannie przygotowana została oprawa dźwiękowa, znalazło się miejsce dla pokazów sokolniczych. Zauważalne były natomiast pewne niedociągnięcia organizacyjne. Najbardziej intrygującym był fakt nie wzięcia przez English Heritage pod uwagę, że odtwórcy w ciągu tych kilku dni mogliby chcieć się umyć (znaleźliśmy na to rozwiązanie, o którym rozpisywać się tutaj nie trzeba).

Wreszcie nastąpiła bitwa, której elementy wcześniej kilkukrotnie ćwiczyliśmy. Po długim ustawianiu się formacji na właściwych pozycjach do walki wyszli harcownicy. Później, zgodnie ze scenariuszem, zbliżać się do siebie zaczęły poszczególne oddziały. Zgodnie z zasadami pola trafień były ograniczone do korpusu, nóg w górę od kolan oraz ramion, a broń uderzać miała głównie w tarcze, tak, by powodować jak najdonośniejszy szczęk. Jednostki kilkukrotnie podchodziły do siebie i wycofywały, po kilku minutach walki. Łucznicy z kolei zgromadzeni byli w osobnych formacjach i oddawali salwy, przy których większość strzał upadała przed szeregami wojowników. Miejsca na improwizację zatem zbyt wiele nie było.

Z drugiej strony dzięki tak przyjętej konwencji cel, jakim jest udział w inscenizacji historycznego wydarzenia, nie był przysłonięty parasportową rywalizacją z wszystkimi jej urokami – w tym tak typowym dla naszego kraju, nie specjalnie średniowiecznym żargonem. Bitwa trwała długo, brało w niej udział ponad 1000 wojowników i wielokrotnie przychodziło nam wykonywać manewry w dużych formacjach, w tym ścierać się z blisko 50-osobowym oddziałem normańskiej kawalerii. Nasze łuczniczki, przesunięte na lewe skrzydło, stawiały czoła znacznie liczniejszej formacji strzelców wroga. Całe wydarzenie było bardzo efektowne, choć „z wewnątrz” pole widzenia było mocno ograniczone. Wreszcie, po chwalebnej śmierci, z głową wspartą o ziemię, usłyszeć można było tętent kilkudziesięciu przebiegających w odległości zaledwie paru metrów koni.

Pomimo wysiłków ani w sobotę ani w niedzielę nie udało nam się przechylić szali zwycięstwa na stronę króla Harolda, co skończyło się dla niego przykrą, dwukrotną śmiercią. Nie mając czasu na opłakiwanie go, świadomi odległości, którą mamy do przebycia i czyhających niebezpieczeństw, jeszcze w niedzielę wieczorem wyruszyliśmy w drogę powrotną i dzięki heroizmowi kierowców – Kotera i Lewego – powróciliśmy w całości do domu.

Zapisz

Zapisz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *